Przejdź do treści
Wszystkie wpisy

Maraton na jednym płucu. Marek Budzisz o Polsce, która wygrała przeszłość i nie ma planu na przyszłość

Felieton z rozmowy Stanisława Wojtery z Markiem Budziszem (kanał Szeroki Kontekst): o wyczerpanym modelu rozwoju Polski, elitach zajętych sobą, Ukrainie i wojnie, na którą się nie zbroimy.

Jest taki rodzaj rozmów, po których człowiek nie wie, czy ma być dumny, czy przestraszony. Wywiad Stanisława Wojtery z Markiem Budziszem na kanale Szeroki Kontekst należy dokładnie do tej kategorii. Zaczyna się od komplementu pod adresem Polski, a kończy na wyliczeniu, na ile tygodni wystarczyłoby nam rakiet do Patriotów. Spoiler: na mniej niż miesiąc.

Złota era, która właśnie się kończy

Punkt wyjścia jest bezsporny i obaj rozmówcy się co do niego zgadzają. Ostatnie trzydzieści lat to jeden z największych sukcesów gospodarczych na świecie. Dogoniliśmy, a miejscami przegoniliśmy Zachód, wyjazd “na Zachód” przestał być wyprawą do raju, a bywa konfrontacją z niższą jakością usług. Budujemy armię, która niedługo będzie największą wśród państw nietoczących wojny.

I tu Budzisz stawia tezę, która jest osią całej rozmowy. Ten sukces zbudowaliśmy na imporcie. Wychodząc z komunizmu nie mieliśmy wyboru, więc wzięliśmy gotowe, przetestowane rozwiązania Zachodu, dołożyliśmy młode, wykształcone i głodne awansu społeczeństwo, i to zadziałało znakomicie. Sęk w tym, że tamten model wyczerpał się razem ze stabilnym światem, który go umożliwił. Na następne trzydzieści lat nie da się już niczego zaimportować, bo sam Zachód nie wie, co robić. Trzeba by coś wymyślić samemu. A do tego potrzebna jest elita państwowa. I tu, zdaniem Budzisza, zaczyna się problem.

Sportowiec, który chce wygrać maraton, oddychając jednym płucem

Najmocniejsza metafora rozmowy dotyczy polskiej polaryzacji. Polska, mówi Budzisz, zachowuje się jak biegacz przekonany, że wygra maraton na jednym płucu. Każda kolejna władza wyklucza z życia publicznego zwolenników poprzedniej, wymienia menedżerów spółek bez pytania o wyniki, odwołuje ambasadorów i wstawia w ich miejsce słabszych merytorycznie kierowników placówek. Jeździmy czterocylindrowym samochodem z dwoma cylindrami na stałe wyłączonymi.

Wojtera przywołuje tu swoją wcześniejszą rozmowę z Piotrem Naimskim, jednym z nielicznych ludzi, którzy dowieźli w Polsce projekt wykraczający poza jedną kadencję (Baltic Pipe i gazoport w Świnoujściu). Naimski skwitował to wtedy krótko: jesteśmy państwem niedojrzałym.

Budzisz dokłada drugi wątek, moim zdaniem ciekawszy, bo mniej ograny. Polska klasa polityczna stała się zamkniętą, niesformalizowaną korporacją, rażąco anachroniczną wobec reszty społeczeństwa. Mamy świetnie wykształconą klasę średnią, ludzi z sukcesami na miarę światową, bez kompleksów wobec Zachodu, których pokolenie Budzisza jeszcze miało. I ta klasa średnia świadomie uznała, że angażowanie się w życie publiczne nie ma sensu. Potencjał jest olbrzymi, tylko polityka go odpycha. Rozbijaliśmy korporacje prawnicze, walczymy z medycznymi, a największa korporacja, ta polityczna, ma się znakomicie i ogranicza nam perspektywy rozwojowe.

Recepty istnieją i nie trzeba ich wymyślać. Duńczycy formalizują ponadpartyjne, dziesięcioletnie porozumienia w sprawach obronności i polityki zagranicznej, podpisywane przez osiemdziesiąt procent sceny politycznej. Litwini zrobili to samo w 2014 roku z inicjatywy prezydent i na tym gruncie podjęli niepopularną decyzję o przywróceniu powszechnego szkolenia wojskowego. Francuzi i Niemcy mają elitę państwową, korpus służby cywilnej trzymający nawę państwową na kursie niezależnie od wyborczych zawirowań. Można to nazwać deep state, jak prowokacyjnie podsuwa Wojtera. Można też nazwać dojrzałością.

Czy koniuszek ogona ma coś do powiedzenia

Wojtera zadaje pytanie, które wisi nad każdą polską debatą strategiczną: a może my po prostu nie mamy na nic wpływu? Może jesteśmy koniuszkiem ogona i nie decydujemy, czy pies machnie w prawo, czy w lewo?

Odpowiedź Budzisza jest w gruncie rzeczy zakładem Pascala. Nie ma gwarancji, że starania przyniosą skutek, ale brak starań jest gwarancją braku skutku. I podaje kontrprzykłady. Izrael startował z pozycji znacznie gorszej niż dzisiejsza Polska. Turcja w latach siedemdziesiątych była chorym człowiekiem Europy na progu rozpadu, a wystarczyło jedno pokolenie i doktryna Mavi Vatan, żeby stała się graczem regionalnym. Jest i kontrprzykład negatywny, bolesny. Ukraina w 1991 roku była bogatsza i ludniejsza od Polski. Dziś jest najuboższym państwem Europy, a jej elity doprowadziły do spadku liczby ludności z około pięćdziesięciu do dwudziestu ośmiu milionów. Od elit, wbrew fatalizmowi, zależy bardzo dużo. Gdyby nie zależało, nasz sukces byłby zasługą samej Unii. Tylko dlaczego wtedy inne kraje, które weszły do niej wcześniej, nie urosły tak jak my?

Strategia, definiuje Budzisz, jest potrzebna wtedy, gdy wyzwania są wielkie, a zasoby niewystarczające. To oprogramowanie, które pozwala ograniczonymi środkami obsłużyć cele. Polska ma setki dokumentów ze słowem “strategia” w tytule, pisanych pod medialne zamówienie, i ani jednego ośrodka, który by realną strategię budował i egzekwował.

Unia polsko-ukraińska, cztery lata później

Wojtera przypomina głośny tekst Budzisza z 2022 roku o unii, czy raczej konfederacji polsko-ukraińskiej. Co z tej tezy zostało po czterech latach ochłodzenia wzajemnych emocji?

Budzisz broni intencji, nie harmonogramu. Nie chodziło o negocjowanie fuzji państw za dwa tygodnie, tylko o odważną ideę porządkującą politykę, na wzór Schumana i Monneta. Przypomina, że nienawiść francusko-niemiecka po wojnie była olbrzymia, a przełom przyszedł nie z dobrego serca, lecz z kryzysu sueskiego 1956 roku, gdy Francuzi zrozumieli, że amerykańska protekcja nie musi pokrywać się z ich interesami. Analogia jest czytelna: siła gwarancji amerykańskich słabnie, choć Budzisz wyraźnie zastrzega, że nie wierzy w scenariusz porzucenia Polski. A na mapie Europy Środkowej są tylko dwa państwa zdolne wiarygodnie zablokować rosyjski ekspansjonizm, który dziś oznacza nie tyle czołgi, co budowanie porozumień z Europą Zachodnią ponad naszymi głowami, jak za czasów kanclerz Merkel.

Bilans wykonania tej wizji jest jednak gorzki. Przez cztery lata Polska zrobiła w tę stronę bardzo niewiele, a Ukraina, zdaniem Budzisza, jeszcze mniej, bo niedojrzałość strategiczna tamtejszych elit jest nawet większa niż naszych. Przy obecnych nastrojach koncepcja raczej się nie zmaterializuje. Ale pytanie do jej krytyków pozostaje na stole: dobrze, to zaproponujcie alternatywną wizję bezpieczeństwa na dwadzieścia pięć lat. Bo murem się od Ukrainy nie odgrodzimy. Będziemy graniczyć z państwem zmilitaryzowanym i wewnętrznie niestabilnym, i w naszym interesie jest, żeby przyjęło standardy europejskie, a nie rosyjskie, i żeby było Polsce przyjazne. Blokowanie ukraińskiego członkostwa w Unii, teza coraz częstsza w polskiej debacie, zaszkodzi Ukrainie, ale nam w niemniejszym stopniu.

Jest w tym fragmencie także obserwacja psychologiczna, która pewnie zaboli. Nasza niechęć do Ukrainy to mieszanka lęku i niezwerbalizowanego poczucia wyższości, trochę sienkiewiczowskiego patrzenia na “kozaków”. Tymczasem fakty są prozaiczne. Mamy z Ukrainą znaczącą nadwyżkę handlową, nawet w rolnictwie. Budzisz mówi wprost coś, co rzadko pada publicznie: Polska na tej wojnie po prostu zarabia. Wojtera dopowiada uczciwie, że to zasługa raczej inercji niż zamierzonej strategii. Obaj się zgadzają, że polska polityka jest niesłychanie pasywna. Wielkie aspiracje, oczekiwanie, że wszyscy dookoła będą mieli wobec nas wyrzuty sumienia, i zero konkretnych propozycji.

Przykład? Kanada, państwo ramowe natowskiego batalionu na Łotwie, po kryzysie rekrutacyjnym sygnalizowała, że nie zapewni pełnej rotacji. Idealna okazja, żeby Polska przejęła rolę państwa ramowego. Nie kiwnęliśmy palcem. Dogadali się Szwedzi z Duńczykami, państwa wielokrotnie mniejsze. Niemcy budują brygadę na Litwie, co w Polsce budzi niepokój, a przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby obok stanęła brygada polska. Zamiast tego minister spraw zagranicznych, “trochę w stylu barona Münchhausena”, proponuje przechwytywanie rosyjskich rakiet nad Ukrainą. Państwo, które nie przechwytuje rakiet nad własnym terytorium. Polityka nie znosi próżni, więc inni porozumiewają się bez nas, a my się dziwimy i obrażamy.

Wojna, do której się nie zbroimy

Finał rozmowy to zimny prysznic dla każdego, kto uważa, że rekordowe wydatki obronne załatwiają sprawę. Budzisz przekonuje, że wojna zmieniła charakter. To już nie front i kolumny pancerne z 2022 roku, tylko szukanie punktów słabości przeciwnika przez ataki dronowe i rakietowe na całe terytorium: energetykę, logistykę, kolej, wydobycie. Rosyjskie kolumny mogą nigdy nie wjechać do Polski. Zamiast tego możemy podlegać stałym atakom bezzałogowców i rakiet.

I tu pada rachunek, który warto zapamiętać. Polska ma dwie baterie Patriotów, według dostępnych informacji zdekompletowane, pokrywające jakieś dziesięć procent terytorium kraju. Zapas rakiet przechwytujących, licząc statystycznie dwie na cel, wystarczy na strącenie około stu czterdziestu rakiet balistycznych. Rosja wystrzeliwuje w Ukrainę około stu pięćdziesięciu miesięcznie, nie licząc dronów i pocisków manewrujących. Czołgi, transportery i F-35, na które wydajemy miliardy, w tym modelu wojny niewiele pomogą. Zbroimy się na wojnę, która może nie nadejść, a na tę, która może nadejść, jesteśmy nieprzygotowani.

Co do samej wojny, Budzisz studzi optymizm. Rosja nie sygnalizuje gotowości do pokoju na warunkach innych niż własne, jej deficyt budżetowy jest niższy od polskiego (ta złośliwość pada w rozmowie wprost), a jako dyktatura nie musi liczyć się z opinią publiczną. Ukraina wojny jeszcze nie wygrała i szanse na pokój na jej warunkach wcale nie są dziś większe niż pół roku temu. Kadencja Zełenskiego skończyła się dwa lata temu, wyborów przeprowadzić nie sposób, więc nie wiemy nawet, czy powojenna Ukraina będzie demokracją. A mimo to, a właściwie właśnie dlatego, w naszym elementarnym interesie jest, żeby Ukraina nie przegrała. Każda rosyjska dywizja związana na wschodzie to potencjał, którego my nie musimy wystawiać do odstraszania. Rachunek prosty jak drut, a jednak nieobecny w debacie zdominowanej przez spór o unijny fundusz pożyczkowy SAFE, który Budzisz kwituje jako podejście “dość dziecinne”.

Wołyń? Musi zostać rozwiązany i Ukraina musi zrozumieć różnicę między rozumieniem historii a gloryfikowaniem zbrodniarzy. Chorwaci rozumieją genezę ustaszy, ale Paveliciowi pomników nie stawiają. Budzisz mówi to jako człowiek, którego pradziadkowie zostali na Wołyniu zamordowani, więc trudno zarzucić mu pedagogikę wstydu, której zresztą otwarcie nie znosi. Ale historia nie może być jedynym kanałem relacji z sąsiadem. Puenta rozmowy jest właśnie taka: mniej sporów o pamięć, więcej współpracy wojskowej, technologicznej i zbrojeniowej.

Po lekturze

Najbardziej zostaje we mnie z tej rozmowy nie żadna geopolityczna prognoza, tylko obraz kraju, który wygrał trzydziestolecie cudzymi pomysłami i uznał, że tak będzie już zawsze. Budzisz nie jest katastrofistą. Powtarza uparcie, że od nas zależy dużo, i podpiera to Izraelem, Turcją i, na odwrót, Ukrainą. Ale warunek jest jeden i niewygodny: trzeba oddychać dwoma płucami. A na razie, między jednym wyrzuceniem ambasadorów a drugim, biegniemy ten maraton na jednym. I dziwimy się, że peleton odjeżdża.

Na koniec rozmowy Budzisz zdradził, że kończy pisać nową książkę. Szczegółów jeszcze nie ujawnia. Cała rozmowa: Szeroki Kontekst na YouTube.

Źródła

Więcej notatek w tym stylu

Na liście znajdziesz wszystko inne, co warto zachować.

Wróć do wszystkich wpisów