Przejdź do treści
Wszystkie wpisy

Trzy godziny u Putina i podróż pociągiem. Marek Budzisz o tym, czego naprawdę chce Moskwa

Wysłannicy Trumpa wrócili z Moskwy bez ustępstw, Ukraina traci pieniądze i sterowność, a Rosja szykuje Europie kryzys energetyczny na zimę. Notatki z rozmowy Piotra Zychowicza z Markiem Budziszem.

W skrócie

Wysłannicy Donalda Trumpa — Steve Witkoff i Jared Kushner — spędzili trzy godziny u Putina, po czym pojechali do Kijowa. Pociągiem, bo Rosja nie zgodziła się nawet na jednorazowe otwarcie ukraińskiego nieba. Marek Budzisz w niedzielnej rozmowie z Piotrem Zychowiczem mówi rzecz niewygodną: stanowisko Moskwy nie drgnęło ani o milimetr, Ukraina stoi w obliczu przegranej, a problemy, które się tam wykluwają, przyjdą do Polski niezależnie od tego, czy będziemy na nie gotowi.

Moskwa przed Kijowem

Sama kolejność wizyt jest komunikatem. Najpierw Moskwa, potem Kijów — z Rosją negocjuje się warunki, do Kijowa jedzie się sprawdzić podatność na to, co ustalono gdzie indziej. Zełenski od miesięcy zabiegał o przyjazd tych dwóch panów. Nie przyjechali nawet na Święto Niepodległości.

Trzydniowy rozejm, który część komentatorów wzięła za światełko w tunelu, obejmował wyłącznie ataki na samą stolicę. Nie obejmował Odessy ani północy kraju. I nie oznaczał zniesienia blokady lotniczej — stąd podróż amerykańskich dyplomatów koleją przez Rzeszów. Drobiazg, ale mówiący więcej niż komunikaty prasowe: Rosja jest pewna swego i nie ustępuje nawet w gestach.

Czego chce Putin

Jurij Uszakow, doradca Putina, powiedział wprost: warunki zakończenia wojny prezydent Rosji przedstawił dwa lata temu i nic się nie zmieniło. Z relacji po spotkaniu wynika kilka rzeczy:

  • Nie chodzi o zawieszenie broni, tylko o „rozwiązanie problemów, które doprowadziły do konfliktu” — w praktyce: o ustrój Ukrainy i limity nałożone na jej siły zbrojne.
  • Wymiana elit rządzących w Kijowie. Putin ubrał to w narrację o sierpniowym pochówku szczątków Jewhena Konowalca, zorganizowanym przez korpus Azow z pochodniami i oprawą, która budziła dwuznaczne skojarzenia.
  • Do końca roku ma być zajęty cały Donbas — takie zadanie Putin postawił swoim dowódcom.
  • Negocjacje mają trwać długo. To nie jest porozumienie do domknięcia w kilka tygodni.

Logika rosyjskiego targowania się jest brutalnie prosta i Putin powtarza ją od dawna: trzeba było podpisać w Stambule w 2022 roku, bo za dwa miesiące dostaniecie warunki jeszcze gorsze. Okupowane obwody zostały tymczasem wpisane do rosyjskiej konstytucji — więc w moskiewskiej nomenklaturze to nie są ziemie do zdobycia, tylko „okupowane przez Ukrainę” części Federacji do wyzwolenia.

W amerykańskiej delegacji był jeszcze ktoś, o kim mało się mówiło: urzędnik Departamentu Skarbu nazywany „carem sankcji”. Z Putinem się nie spotkał — rozmawiał osobno z Kiriłłem Dmitrijewem. Sankcje i wspólne interesy gospodarcze to drugi, cichszy tor tych rozmów.

Ukraina pod ścianą

Budzisz nie owija w bawełnę: Ukraina dziś stoi w obliczu przegrania wojny, niezależnie od retoryki.

Pieniądze. Według ministra Chmary w budżecie brakuje 27 miliardów dolarów do końca roku — a mamy wrzesień. Nawet jeśli szacunek jest przesadzony, dziura jest realna. Gorzej: Zełenski nie ma większości w Radzie Najwyższej, a pakiet ustaw podatkowych i antykorupcyjnych, których warunkowo domaga się Unia Europejska, właśnie przepadł w głosowaniu.

Wojsko. Postawienie przez byłego ministra Fedorowa na systemy bezzałogowe zamiast na mobilizację było wyborem kosztownym, a frontu nie odwróciło. Czerwcowy plan Zełenskiego — czterdzieści dni na wymuszenie negocjacji atakami w głąb Rosji — skończył się niepowodzeniem.

Rozkład władzy. Afera goni aferę. Śledztwo NABU o łapówki w parlamencie (pięciu posłów, puste koperty, pobrane próbki DNA). Operacja „Temida”, po której z aresztu wyszła zastępczyni szefa administracji prezydenta. A teraz „Kartagina”: prokurator generalny Krawczenko miał stać na czele syndykatu fałszywych call center, który z jednej strony wyłudzał pieniądze od emerytów, a z drugiej prał środki z łapówek. Fedorow, już po zerwaniu z Zełenskim, mówił publicznie o dwudziestoprocentowej narzucie na sprzęt i zaopatrzenie dla wojska — od kilkudziesięciu miliardów dolarów rocznie.

W ubiegłym tygodniu na ulicy Szumskiego w Kijowie strzelali do siebie ludzie z jednostki Alfa (SBU) i jednostki Timur (wywiad wojskowy HUR). Trzech rannych, jeden ciężko.

Wspólny mianownik tego wszystkiego jest jeden. Wojny raczej się nie wygra. Kto podpisze pokój na warunkach rosyjskich, ten politycznie umrze — bo spora część ukraińskiego społeczeństwa takiego pokoju nie chce. Więc póki jeszcze się jest u władzy, trzeba zgromadzić zasoby na to, co przyjdzie potem. Stąd panika, coraz mniej dopracowane schematy i coraz szybsze wpadki.

Zychowicz dorzuca obraz, który zostaje w głowie: chłopaki w okopach, nad głowami brzęczą drony, a w Kijowie NABU filmuje sejfy pełne dolarów. Budzisz przytacza wpis ojca, którego dziewiętnastoletni syn zginął pod Charkowem — jeździ z pogrzebu na pogrzeb, był już na trzecim. „I wyobraźcie sobie, co ja czuję.”

Ostrzeżenie dla Polski

Tu rozmowa robi się najbardziej niewygodna. Budzisz atakuje postawę, która w Polsce zyskuje na popularności — „nas to nie obchodzi, odgrodzimy się”.

Nie jesteśmy na Księżycu, graniczymy z Ukrainą.

Po wojnie do domów wrócą zdemobilizowani, straumatyzowani, wściekli na własnych polityków żołnierze. W rękach ukraińskich obywateli jest według szacunków tamtejszego MSW około 4 milionów sztuk broni, a drona z podczepionym granatem umie dziś złożyć niemal każdy. Scenariusz wewnętrznej destabilizacji — w skrajnej wersji wojny domowej — nie jest fantazją.

Część tych ludzi przyjedzie do Polski, do żon i dziewczyn. I to jest problem podwójny, bo werbowanie ludzi z marginesu i ze świata kryminalnego to standardowy sposób działania rosyjskich służb. Niemcy właśnie opublikowali ustalenia śledztwa w sprawie drona z głowicą bojową na lotnisku w Lipsku: jeden z zamachowców to obywatel Białorusi z kryminalną przeszłością, który przejechał przez Polskę. Różnica polega na tym, że tym razem kandydaci do werbunku będą ludźmi wyszkolonymi w zabijaniu, którzy robili to przez cztery lata.

Werdykt bez znieczulenia: polska policja i służby nie są na to gotowe — tak samo, jak nie radzą sobie z infiltracją hermetycznych środowisk kaukaskich. Każde państwo wychodzące z wojny miało problem z powrotem żołnierzy do cywila: alkoholizm, przestępczość, przemoc. Mówienie „niech się tam sami pozabijają” nie jest żadną diagnozą. To dziecinada.

Stabilizacja Ukrainy jest w polskim interesie nie z altruizmu, tylko z arytmetyki: im mniej tam chaosu, tym mniej świata kryminalnego, tym mniejsza szansa, że te problemy przyjadą do nas.

Drugi front: energia

Teza główna drugiej części rozmowy: Rosja będzie chciała wywołać w Europie kryzys energetyczny jeszcze tej jesieni i zimy. Cel nie jest militarny, tylko finansowy — chodzi o to, żeby europejscy donatorzy Ukrainy mieli mniej pieniędzy, mniej chęci i mniej technicznych możliwości, by ją wspierać.

Warunki sprzyjają:

  • Wojna amerykańsko-irańska i zablokowana Zatoka Perska podbiły ceny skroplonego gazu latem — czyli wtedy, gdy zwykle są najniższe i gdy traderzy napełniają magazyny na zimę. Azja przelicytowała Europę.
  • Niemieckie zapasy gazu są najniższe od wybuchu wojny i nie da się ich szybko odbudować.
  • Niemiecki przemysł płaci jedne z najwyższych cen energii w Europie. Volkswagen ogłosił wygaszanie produkcji w czterech zakładach, a ponad 70% średnich niemieckich firm rozważa przeniesienie się gdzie indziej.
  • W Niemczech użyto już w ubiegłym tygodniu urządzeń przypominających sylwestrowe fajerwerki, żeby zarzucić miedziane druty na linie najwyższych napięć. Blok energetyczny wyłącza się automatycznie, a jego ponowne uruchomienie zajmuje kilkanaście godzin.

Na Ukrainie idzie to dalej. Zdaniem Wadyma Skibickiego, zastępcy szefa ukraińskiego wywiadu, Rosjanie konstruują drony przeznaczone do ścinania słupów wysokiego napięcia. Chodzi o to, żeby odciąć nie tylko własną generację prądu, ale i import przez interkonektory — ratunek poprzednich zim. A interkonektory biegną też przez Polskę i Słowację, więc i tam mogą być celem.

W tle jest marchewka. Putin powiedział na konferencji w Biszkeku, że Rosja jest zainteresowana powrotem do współpracy z Niemcami — trzeba tylko wymienić elity, które „nie realizują niemieckiego interesu”, bo odcinają się od tanich rosyjskich surowców. Dziś wybory w Saksonii-Anhalt, za dwa tygodnie w Meklemburgii-Pomorzu Przednim i w Berlinie. Rząd Merza wchodzi, zdaniem Budzisza, w fazę lame duck — kulawej kaczki podatnej na presję.

Ile prądu zjada jedno centrum danych

Dobry przykład na to, jak kruchy zrobił się cały system. Google buduje pod Lincem w Austrii centrum danych, które docelowo zużyje 4,4 terawatogodziny rocznie — więcej niż cały Wiedeń, gdzie mieszkają dwa miliony ludzi i który zużywa około 3,2–3,4 TWh. To 7% mocy austriackiego systemu energetycznego, skonsumowane przez jeden obiekt.

Google wybrał Austrię, bo ta ma 90% energii z odnawialnych źródeł, głównie z elektrowni wodnych. Tyle że susze obniżają poziom rzek — w tym roku Dunaj był tak niski, że wyłaniały się z niego wraki z drugiej wojny światowej. Popyt rośnie dokładnie tam, gdzie system staje się najbardziej wrażliwy.

Stąd apel Budzisza o politykę technokratyczną zamiast wojny plemion. Bezpieczeństwo, dostępność (czyli cena) i polityka klimatyczna tworzą trójkąt, w którym każdy wybór czymś płaci. Czy państwo powinno trzymać w magazynie rezerwę transformatorów, skoro spalonego nie da się kupić z półki? Czy może narzucać firmom obowiązek utrzymywania zapasów? Kto za to zapłaci? W Wielkiej Brytanii i Irlandii działają już społeczne ciała doradcze przy rządach do spraw polityki energetycznej. W Polsce tej debaty jeszcze nie zaczęliśmy.

O stylu amerykańskich wysłanników

Zychowicz pyta o wyciekłe nagrania, na których Witkoff mówi Putinowi, że gdy kiedyś napisze wspomnienia, rosyjski prezydent będzie w nich głównym powodem, dla którego życie było takie wspaniałe. Budzisz wzrusza ramionami:

Dobrze by było, gdybyśmy byli w stanie ładnie wygrać. Ale jak będziemy w stanie wygrać brzydko — to trudno. Jakoś to przeżyję.

Interesują go skutki polityki Trumpa, nie jej estetyka. Dodaje tylko, że wiara w przechytrzenie Putina komplementami to naiwność — to człowiek liczący na zimno i bezwzględny w realizacji celów.

Dwa scenariusze na zimę

Albo Ukraina pójdzie energicznie w stronę zakończenia wojny na warunkach rosyjskich lub zbliżonych — i wtedy pytanie brzmi: co dalej z Polską i jak zmieni się nasza sytuacja.

Albo odmówi — i wtedy ataki będą coraz intensywniejsze. Rosjanie mają już drony o napędzie turboodrzutowym, lecące 500–600 km/h, których trudniej dosięgnąć obroną zbudowaną pod starsze Gerany. W ostatnim miesiącu wystrzelili ich 2500 wobec 1500 miesiąc wcześniej. Zmienili też taktykę: zamiast wielkich nocnych fal — mniejsze grupy, ale przez całą dobę, co paraliżuje normalne życie alarmami kilka razy dziennie.

Tej zimy zachodnia Ukraina przestanie być sanktuarium. Zeszłej zimy z Kijowa wyjechała jedna trzecia mieszkańców; tym razem nie będzie dokąd. Może to oznaczać nową falę uchodźców na polskiej granicy — w klimacie społecznym zupełnie innym niż w 2022 roku.

Puenta prowadzącego: czeka nas ciężka zima. Puenta gościa: Rosja jest przekonana, że swoje cele zrealizuje, a pytanie dotyczy już tylko ceny. I tego, kto ją zapłaci.

Źródła

Więcej notatek w tym stylu

Na liście znajdziesz wszystko inne, co warto zachować.

Wróć do wszystkich wpisów