Szef CIA poleciał do Moskwy. Strategy&Future: to nie jest ostrzeżenie, to oferta
Streszczenie rozmowy Bartosiaka, Budzisza i Stefana o wizycie Johna Ratcliffe'a na Kremlu. Najmocniejsza teza: Rosja mogła wyciągnąć z wojny Iranu wniosek, że jej błędem było nierozlanie wojny na sąsiadów — a Polska dwa razy oblała test obrony.
Źródło: Jacek Bartosiak i zespół Strategy&Future o niedawnej wizycie szefa CIA w Moskwie — kanał Strategy&Future, nagranie z 27 sierpnia 2026, publikacja 28 sierpnia, ok. 50 minut. Rozmawiają Jacek Bartosiak, Marek Budzisz i Marek Stefan.
Poniżej streszczenie tej rozmowy. To relacja z tego, co mówią trzej analitycy — nie ustalone fakty. Sami wielokrotnie zaznaczają, że spekulują.
TL;DR
- Dyrektor CIA John Ratcliffe poleciał do Moskwy. Amerykańska prasa twierdzi, że chodziło o ostrzeżenie Kremla przed atakiem na państwa bałtyckie. Marek Budzisz uważa co innego — że Ratcliffe przywiózł ofertę generalnego porozumienia USA–Rosja.
- Najważniejsza teza odcinka: Rosja mogła wyciągnąć wniosek z wojny Iranu z USA i Izraelem, że jej błędem było nierozlanie wojny na sąsiadów. Może chcieć to teraz nadrobić — dronami i rakietami, nie czołgami.
- Dla Polski to fatalne. Zdaniem panelu Rosjanie już dwa razy przetestowali polską obronę (nalot dronów i rakieta na Lubelszczyźnie) i za każdym razem wyszło, że nie umiemy takich rzeczy przechwycić.
- Zła wiadomość o „Fort Trump”: Pentagon po stratach na Bliskim Wschodzie odchodzi od dużych baz, bo są łatwym celem dla rakiet. Ta sama logika dotyczy Europy.
- Trump chce zamknąć obie wojny — ukraińską i irańską — przed listopadowymi wyborami do Kongresu. Budzisz wątpi, żeby mu się udało, bo Rosjanie wierzą, że wygrywają.
- Pozycja Zełenskiego słabnie przez kolejną wielką aferę korupcyjną sięgającą jego własnej administracji.
Co się właściwie wydarzyło
We wtorek szef CIA (amerykańskiego wywiadu cywilnego) poleciał do Moskwy. Wiadomo o tym niewiele, więc analitycy czytają poszlaki:
- Ratcliffe wystartował z bazy wojskowej Andrews samolotem wojskowym, z międzylądowaniem w Rydze. Agresja przeciw Łotwie od lat uchodzi za jeden z prawdopodobniejszych scenariuszy rosyjskiej eskalacji, więc sam postój coś znaczy. Na Łotwie odbyły się „robocze konsultacje” — prawdopodobnie z prezydentem Litwy oraz premierami Estonii i Łotwy.
- Nie wiadomo, z kim się spotkał w Moskwie. Oficjalnie „po linii służb”, czyli zapewne z Naryszkinem, szefem rosyjskiego wywiadu zagranicznego. Ale są dwie poszlaki sugerujące udział samego Putina: samoloty, które go zwykle obsługują, stały wtedy na moskiewskim lotnisku, a dziennikarz akredytowany przy prezydencie doniósł, że Putin odwołał zaplanowane spotkanie z dużą grupą osób dokładnie w tym czasie.
- Dziwny zbieg okoliczności: równolegle w Moskwie był brytyjski arcybiskup z watykańskiego Sekretariatu Stanu, który spotkał się z Ławrowem. Watykański dyplomata tego szczebla był w Moskwie ostatnio w 1921 roku — czyli tuż przed poprzednią wielką wojną.
- W Kijowie, na obchodach rocznicy niepodległości, zabrakło Witkoffa i Kushnera, na czym Zełenskiemu bardzo zależało. Przyjechał tylko Kellogg, już były wysłannik Trumpa. Sam Zełenski w przemówieniu przyjął formułę, którą odrzucał rok wcześniej: Donbas jako wolna strefa zarządzana przez Amerykanów, z siłami międzynarodowymi pilnującymi porządku, trochę na wzór Strefy Gazy.
Panel zgadza się co do jednego: to nie była samowolka. Ratcliffe należy do ścisłego kręgu zaufania Trumpa — bronił go podczas pierwszego impeachmentu. Dzień po jego powrocie w Białym Domu odbyło się trzygodzinne spotkanie Trumpa z Rubio i Hegsethem. Sam Trump publicznie zbywał podróż jako rutynową; nikt w studiu w to nie wierzy.
Dwie interpretacje
Wersja pierwsza — ostrzeżenie. Tak piszą Politico i Wall Street Journal: Amerykanie ostrzegli Kreml przed uderzeniem w Bałtów.
Wersja druga — oferta. Budzisz skłania się ku niej: Ratcliffe poleciał sondować generalne ułożenie relacji z Rosją, czyli deal obejmujący właściwie wszystko naraz. Podpiera to kilkoma rzeczami dziejącymi się równolegle:
- Trump zredukował obecność wojskową i ćwiczenia w Korei Południowej, a Putin na początku września spotyka się z Kimem.
- Chińczycy zaczęli w miarę regularne rejsy Północną Drogą Morską wzdłuż rosyjskiej Arktyki. Panel studzi emocje: to nie będzie alternatywa dla szlaku południowego, bo statki są mniejsze, a na trasie nie ma portów pośrednich, więc ekonomika jest kiepska. Ale rosnące zainteresowanie Pekinu niepokoi Waszyngton — i częściowo tłumaczy, dlaczego USA nagle zaostrzyły kurs wobec Kanady.
- Ukraińcy ujawnili, że Putin tego samego dnia podpisał trzy tajne dekrety. Treści nikt nie zna. Budzisz spekuluje, że mogły być mobilizacyjne — jako element nacisku na Amerykanów.
Lekcja irańska — najmocniejsza teza odcinka
To fragment, dla którego warto obejrzeć całość. Bartosiak wprowadza dwa pojęcia:
Eskalacja wertykalna to podnoszenie siły uderzeń w tym samym konflikcie — od rakiet po broń jądrową. Eskalacja horyzontalna to rozszerzenie wojny na nowych uczestników.
Iran, według Bartosiaka, wygrał swoją wojnę właśnie dzięki tej drugiej. Nie ograniczył się do wymiany ciosów z Amerykanami — uderzył we wszystkie kraje regionu, które gościły amerykańskie bazy i umożliwiały ataki, w tym w ich infrastrukturę cywilną. Rozerwał w ten sposób wspólnotę ich interesów.
Rosja tego nie zrobiła. Wojna została zamknięta w granicach Ukrainy, mimo że cały region od Bałtów po Polskę Ukrainie pomagał. Powód: formalnie istniało NATO i Rosjanie się zawahali.
I teraz sedno. Dotąd w Rosji mówiło się — głównie ustami publicysty Siergieja Karaganowa — że błędem było nieużycie broni jądrowej w pierwszym roku wojny. Bartosiak twierdzi, że na miejscu Kremla myślałby zupełnie inaczej: błędem było niedokonanie eskalacji horyzontalnej. I że teraz mogą chcieć to nadrobić.
Zachęca ich do tego wojna dronowa. Rosja ma pięć lat doświadczeń i produkcję nieporównywalną z Zachodem, a widzi, że Ukraińcy biją wojska NATO na ćwiczeniach. Co ważniejsze — uderzenie dronowe nie wygląda dla starej szkoły wojskowej na „prawdziwą wojnę”. Da się je wytłumaczyć, rozmyć i kontrolować politycznie.
Sam Karaganow zresztą zmienił ostatnio ton. Nadal mówi o sygnalizacyjnym użyciu taktycznej broni jądrowej, ale zaczął podkreślać stopniowalność presji — która miałaby się zaczynać od uderzeń konwencjonalnych w cele w Europie Zachodniej. Bardzo agresywnie pisze przy tym o polityce niemieckiej.
Sygnały już są: fregata „Admirał Kasatonow” uzbrojona w Kindżały pojawiła się przy niemieckiej wyspie Fehmarn na Bałtyku, a „Admirał Gorszkow” na Morzu Północnym, co niepokoi Brytyjczyków.
Co to znaczy dla Polski
Tu pada najostrzejszy fragment całej rozmowy. Budzisz odrzuca eufemizm o „upadku rosyjskiej rakiety”:
To nie był żaden upadek. Pocisk był wymierzony w Polskę i precyzyjnie uderzył tam, gdzie miał uderzyć.
Z tego wyciąga dwa wnioski:
- Eskalacja nie musi oznaczać wojsk lądowych. Żadnych „zielonych ludzików” przekraczających granicę. Wystarczą uderzenia z dystansu — drony albo rakiety takie jak ta Ch-101, która spadła na Lubelszczyźnie — prowadzone równolegle z presją na Europę Zachodnią. Stąd te okręty przy niemieckim i brytyjskim wybrzeżu: chodzi o wpływanie na reakcje naszych sojuszników.
- Rosjanie już nas przetestowali dwa razy — nalotem dronów jesienią ubiegłego roku i teraz rakietą. Wynik obu testów jest ten sam: nie umiemy takich systemów przechwycić, reagujemy z opóźnieniem i nieadekwatnie. Budzisz podsumowuje brutalnie: jesteśmy idealnym celem, bo bezbronnym, „za to z dużym zadęciem”.
Bartosiak dorzuca ostrzeżenie polityczne. Jeśli coś się wydarzy, istnieje ryzyko, że to Amerykanie będą decydować o naszej eskalacji i deeskalacji — czyli negocjować z Rosjanami naszymi stratami i naszymi odpowiedziami, podczas gdy Polska będzie tylko wykonawcą.
Ma też konkretną pretensję: czy polski rząd w ogóle wie, o czym szef wywiadu naszego najważniejszego sojusznika rozmawiał z państwem prowadzącym wojnę wbrew polskim interesom? Bartosiak mówi, że do niego takie informacje nie dotarły — i że to samo w sobie o czymś świadczy. Dla porównania: jesienią 2021 poprzedni szef CIA William Burns po locie do Moskwy przyjechał do Warszawy i tłumaczył premierowi Morawieckiemu, że wojna wisi na włosku.
Zła wiadomość o dużych bazach
Marek Stefan zwraca uwagę na coś, co w Polsce może przejść niezauważone, a jest bardzo konkretne.
Na Bliskim Wschodzie liczba żołnierzy USA może spaść z około 35 tysięcy do poziomów niewidzianych od 2003 roku. Powód: podczas wiosennej wojny amerykańskie bazy poważnie oberwały — zniszczono instalacje wywiadowcze i radary wczesnego ostrzegania. American Enterprise Institute szacuje samo ich odtworzenie na minimum 5 miliardów dolarów, których w pentagonowskich rachunkach kosztów tej wojny w ogóle nie ma. Trwa więc spór: odbudowywać czy wycofać się do bezpieczniejszych lokalizacji jak Jordania albo Izrael.
I teraz wniosek, który dotyczy nas bezpośrednio. Skoro Pentagon po starciu z Iranem — przeciwnikiem znacznie słabszym rakietowo niż Rosja — wycofuje się z dużych baz, to dlaczego miałby stosować inną logikę w Europie?
Duża infrastruktura wojskowa jest jak magnes dla rakiet przeciwnika.
Trend idzie w stronę rozpraszania sił, żeby utrudnić przeciwnikowi koncentrację uderzeń. To dość bezpośrednio podważa polskie nadzieje na stałą, dużą amerykańską bazę.
Podobnie w Korei Południowej: mniejsze zaangażowanie USA prawdopodobnie przyspieszy dążenie Seulu do samodzielności. Znamienne, że gdy Trump ogłaszał redukcję ćwiczeń, Seul odwiedzał szef chińskiej dyplomacji Wang Yi.
Ukraina: afera sięgająca gabinetu prezydenta
Budzisz relacjonuje nowe śledztwa NABU (ukraińskiego biura antykorupcyjnego) o kryptonimach „Forrest Gump” i „Temida”.
Kontekst instytucjonalny jest tu ważniejszy od samej afery. Na Ukrainie powszechnie uważa się, że NABU jest kontrolowane przez Amerykanów, konkretnie przez FBI. Szef biura Semen Kriwonos podpisał z FBI porozumienie o wznowieniu współpracy latem ubiegłego roku — dokładnie wtedy, gdy Zełenski próbował ograniczyć uprawnienia NABU. Skutkiem są agenci FBI w siedzibie biura, mający podobno dostęp do akt operacyjnych.
Śledztwa sięgnęły wysoko. Aresztowano Irynę Mudrą, zastępczynię szefa Biura Prezydenta. Na ujawnionych nagraniach pada nazwisko „Kyryło Ołeksandrowycz” — na Ukrainie wszyscy wskazują na Budanowa, szefa wywiadu wojskowego, który miał osobiście przenosić pieniądze i ochraniać cały układ. Są też rewizje u sędziów naczelnych sądów administracyjnych; z nagrań wynika, że korumpowano sędziów aż do poziomu Sądu Najwyższego.
Efekt polityczny: pozycja Zełenskiego słabnie i wobec własnych obywateli, i wobec państw wspierających Ukrainę. Panel czyta to jako zmiękczanie jego dotąd twardego stanowiska w sprawie zakończenia wojny.
Zegar wyborczy w Waszyngtonie
Budzisz uważa, że wchodzimy w fazę decydującą — ale nie na froncie. Nawet jeśli Rosja ogłosi mobilizację po wyborach do Dumy (18–20 września), rekrutów trzeba wyszkolić i wyposażyć, więc przełomu przed końcem roku nie będzie. To czas dla dyplomacji.
Trump chce przed listopadowymi wyborami do Kongresu (midterms) zamknąć obie wojny — irańską i ukraińską — obojętnie na jakich warunkach, byle móc ogłosić kolejny historyczny sukces pokojowy. Stawka jest wysoka: senator Graham mówił, że przegrana republikanów oznacza trzeci impeachment, tym razem być może skuteczny.
Budzisz jest sceptyczny co do powodzenia. Rosjanie uważają, że wojnę mogą wygrać, więc postawią wygórowane warunki. Ucierpieć może Ukraina — a on nie wyklucza, że również NATO jako formuła polityczna (zastrzega: nie mówi o starciu wojskowym).
Studzi też entuzjazm wobec zeszłotygodniowej demonstracji lotnictwa wokół obwodu królewieckiego. Jego zdaniem takie pokazy siły to zwykle wstęp do rozmów, nie zapowiedź konfrontacji — pokazuje się determinację, żeby potem łatwiej negocjować. To, że Ratcliffe pojawił się w Moskwie tydzień później, nie jest przypadkiem.
Amerykanie mają przy tym mniej dźwigni, niż się wydaje. Wojna handlowa z Kanadą to zdaniem Budzisza gospodarcze samobójstwo. Wobec Chin Bessent celowo nie wyznaczył twardych terminów, bo za niecały miesiąc Xi Jinping ma się spotkać z Trumpem — a Amerykanie już raz poczuli, czym jest odcięcie od metali ziem rzadkich, i ta dźwignia wciąż jest w rękach Pekinu.
Puenta: naciska się na sojuszników, nie na wrogów
Sankcje wokół Iranu są wymierzone nie tyle w sam Iran, co w państwa trzecie, które z nim handlują. Budzisz tłumaczy dlaczego:
Łatwiej nacisnąć na sojuszników niż na wrogów. Wrogowie przygotowywali się do scenariuszy agresywnych i mają większą odporność. Sojusznicy niekoniecznie.
Marek Stefan dodaje obserwację, która odwraca klasyczny schemat. Zwykle to silniejszy partner boi się, że zostanie wciągnięty w wojnę przez słabszego, ośmielonego gwarancjami. Za Trumpa jest odwrotnie: w Zatoce Perskiej partnerzy USA wbrew własnej woli zostali wciągnięci w wojnę przez swojego patrona, a jednocześnie okazują się łatwiejszym celem nacisku niż faktyczni przeciwnicy.
Bartosiak nazywa to drapieżną hegemonią: dostęp do rynków i technologii w zamian za dalsze kupowanie amerykańskich obligacji przez państwa, którym wmawia się zależność w kwestii bezpieczeństwa. Przy czym — jego zdaniem — Amerykanie realnych zdolności obronnych w Europie nie mają i wojny nie chcą, ale nie mogą stracić wiarygodności, bo od napływu dolarów zależy ich poziom życia i rewolucja AI.
Na koniec pada gorzki żart Budzisza o polskiej klasie politycznej: najważniejszym myślicielem strategicznym jest dla niej Aleksander Dumas ojciec, bo wyznajemy doktrynę trzech muszkieterów — jeden za wszystkich. Problem w tym, że nasi najwięksi sojusznicy tą doktryną się nie kierują.
Czego na pewno nie wiemy
Warto to wyliczyć, bo w tekstach o tej wizycie łatwo pomylić poszlakę z ustaleniem:
- Z kim Ratcliffe się spotkał. Udział Putina to wniosek z rozkładu jazdy samolotów i odwołanego spotkania.
- O czym rozmawiali. Wszystkie cztery hipotezy — Bałtowie, generalny deal, Iran, Ukraina — to spekulacje panelu i prasy.
- Czy misja się powiodła. Brak jakichkolwiek przesłanek w jedną czy drugą stronę.
- Co jest w trzech tajnych dekretach Putina. Wersja mobilizacyjna to czysty domysł.
- Czy Rosja faktycznie planuje eskalację. Bartosiak wprost mówi, że nawet jeśli Rosjanie o tym nie myślą, sama „struktura rzeczy” powinna skłonić Polskę do przygotowań.
Na końcu odcinka reklamowany jest raport Marka Budzisza o nowoczesnym poborze powszechnym — z ideą „adaptacyjnego roju” zamiast wielkich dywizji i całego społeczeństwa jako rozproszonej tarczy. Dostępny na Patronite Strategy&Future.